Wojna ze szczyptą piękna

Długo zabierałam się za napisanie tej recenzji (albo czegoś w stylu recenzji), bo kompletnie nie wiedziałam, jak mogłabym ją zacząć. Zastanawiałam się, co powiedzieć o tej książce, żeby zbyt dużo nie zdradzić, ale jednocześnie zachęcić do jej przeczytania. Słowa nie są w stanie opisać emocji, jakie towarzyszyły mi podczas lektury. Po prostu trzeba ją przeczytać.

Mowa tutaj o „Świetle, którego nie widać” A. Doerra. Napisanie tej książki zajęło autorowi blisko dziesięć lat, ale patrząc na efekty końcowe – zdecydowanie poczekałabym i kolejne dziesięć.

O czym w ogóle jest ta książka? Po przeczytaniu opisu jasne jest dla nas, że głównym tematem jest wojna. Ale czy aby na pewno? Moim zdaniem chodzi tutaj bardziej o to, jak ona oddziaływała na ludzi. W przerażający sposób pokazuje nam to, jak bardzo „prano mózgi” młodym, bezbronnym niemieckim dzieciom, które myślały, że to, co wmawiał im Hitler, to jedyne słuszne myślenie.

Mamy tutaj pokazaną akcję z perspektywy dwóch osób, która ciągnie się od czasów przed drugą wojną światową aż do współczesności. Poznajemy dwójkę dzieci, Niemca i Francuzkę. Jak można się domyślić, w końcu ich drogi przecinają się. Nie będę zdradzać w jakich okolicznościach, co było potem i tak dalej, bo nie chcę zabierać nikomu radości z czytania.

To, o czym ja myślę w pierwszej chwili, kiedy przypominam sobie czas spędzony z tą książką, to to, jak bardzo różniło się życie dzieci, które znajdowały się po dwóch stronach. Niemcy szkolili chłopców na przyszłych żołnierzy, a Francuzi musieli uciekać, bo życie w mieście było zbyt niebezpieczne.

Moim zdaniem jest to dzieło, bo nie boję się o tej książce mówić w ten sposób, po które naprawdę warto sięgnąć. Nie ma znaczenia to, czy czytacie kryminały, powieści obyczajowe czy reportaże. Ta książka jest dla każdego. Pokazuje nam świat taki, jaki kiedyś był, przy okazji zachwycając nas pięknymi opisami i pięknem francuskiego przybrzeża. Na takie książki warto czekać i warto je czytać.

 

Klaudia Niewadzisz, kl. 1E